Historia Olędrów

Rodzina Lipertów mieszkała od pokoleń we Wrąbczynkowskich Holendrach. W tej otoczonej lasami wsi w gminie Pyzdry obok siebie w zgodzie żyli Polacy i Niemcy. Gdy przyszła wojna, świat, który znali, przestał istnieć.

  • Historia Olędrów

Trudne, ale solidne czasy

U Lipertów mówiło się po niemiecku. Jak to Olędrzy pielęgnowali swoje tradycje i obyczaje. Dni upływały im na ciężkiej pracy. Dzięki niej Johann i Helga Lipertowie byli zamożni i szanowani. Mieli czterdzieści dwie morgi pola, kilkanaście krów i koni. Olęderki już od najmłodszych lat same przędły, szyły i tkały. – Palce miałam poranione, ale obwiązywało się je i dalej szło się do roboty. Trudne i biedne to były czasy, ale solidne – mówi Luiza Lipert, żona Kondrada. Olęderska solidność wydała owoce – Lipertowie kupili nowe pole, a w 1938 roku starą, glinianą chałupę zamienili na dom z czerwonej cegły. Dochowali się ośmiorga dzieci – sześciu córek i dwóch synów. Na starej gospodarce osiadła jedna z córek z mężem. – Rodzice kupili nową ziemię jeszcze za ruble. Nagle przyszła dewaluacja, pieniądz spadał na łeb na szyję. Trzeba było wziąć weksel – wspomina Konrad, najmłodszy syn Lipertów, teraz osiemdziesięciolatek. – Mama sprzedała koguta i spłaciła ten dług. Takie to były czasy, że koguty tyle były warte!

Johann Lipert dobrze żył z sąsiadami. Uczynny gospodarz pomagał innym w potrzebie. Polaków i Niemców łączyła wspólna praca i zabawa. – Kiedyś sąsiedzi zwozili zboże, korzeń zablokował koło, nie mogli ruszyć ani w przód, ani w tył. Tylko nasze konie dały radę go wyciągnąć. A jakie mądre bestie! Same pijanego ojca potrafiły z miasta przywieźć. Nie było biednej katolickiej rodziny we wsi, u której weselnych gości by nie woziły – ta historia jako jedna z nielicznych wywołuje uśmiech na twarzy Konrada.

Podczas wojny do Lipertów przyszli biedacy z okolicznej Walgi. Stracili dach nad głową. Johann pozwolił im na swoich łąkach postawić domek z gliny. Kobieta, której męża wywieźli na roboty, na polu Lipertów zbierała pozostałe po żniwach ziarno, dzięki czemu mogła upiec chleb dla dzieci.

  • płaskorzeźba

Ta płaskorzeźba to jedyny ślad nieistniejącego już ewangelickiego
cmentarza w jednej z puszczańskich wsi
 

Olęderskie korzenie

Pierwsi Olędrzy pojawili się w Polsce w XVIII wieku. Puszcza Pyzdrska, ziemia położona w Wielkopolsce, na południe od Warty i obecnie zamykająca się w obrębie dziesięciu sąsiadujących gmin, stała się ich domem. Zagospodarowywali bagna, z którymi nie mogli sobie dać rady miejscowi. Z początku ciężka praca na jałowej ziemi pozwalała tylko przeżyć, ale nic ponadto. Domy budowali z darniowej rudy żelaza, drewna i gliny.

Nazwa Olędrzy pierwotnie oznaczała Holendrów – menonitów specjalizujących się w osuszaniu ziem podmokłych i zalewowych. W XVI wieku za panowania Zygmunta Starego sprowadzono ich dla zagospodarowania Żuław i niektórych dolin rzecznych. Kolonizatorzy, którzy napłynęli w XVIII wieku, pochodzili ze Śląska, Brandenburgii, Nowej Marchii i Pomorza Zachodniego. Reprezentowali w większości żywioł niemiecki. – Nasza rodzina pochodzi gdzieś z Niemiec, ale trudno rzec skąd. Wiem tylko, że przeniesiono całą wieś łącznie z sołtysem i nauczycielem. Uciekali przed uciskiem, biedą, głodem i wreszcie prześladowaniami religijnymi. Byli protestantami – luteranami i kalwinami. Olędrzy, podobnie jak menonici, zakładali i utrzymywali skomplikowane systemy melioracyjne. Za zaniedbania w tej materii groziła wysoka kara, łącznie z wydaleniem ze wspólnoty. W latach 1761-1793 w puszczy powstało aż 46 olęderskich osad – wśród nich Wrąbczynowskie Holendry, Lisewo, Zamość, Zapowiednia, Walga i wiele innych. W całej Wielkopolsce na prawie olęderskim założono około 800 wsi. Ich mieszkańcy, cieszący się wolnością osobistą, tworzyli zamkniętą społeczność kierowaną przez demokratyczny samorząd. Utrzymywali dobre kontakty z Polakami i Żydami, których wielu żyło w okolicznych miasteczkach. Ta wielokulturowość i różnorodność religijna społeczności zamieszkującej puszczę przetrwała do II wojny światowej. Teraz nie ma już po niej nawet śladu.

Szwagier bez butów

Spokój i dobre czasy skończyły się w 1939 roku, jeszcze przed wybuchem wojny. Biedota organizowała się w bandy, chodziła po wsiach i jątrzyła przeciw Niemcom. Niektórzy gospodarze spali w kartoflach, bo bali się o swoje życie. Z obejść znikało wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Później, gdy do Polski weszły wojska niemieckie, złodzieje ze strachu oddawali gospodarzom zagrabiony dobytek.

Gdy banda osaczyła szwagra Konrada na moście w Pyzdrach, zostawił konia z wozem i uciekł skacząc do Warty. Rzucali za nim kamieniami, ale że pływał dobrze, zdołał przedostać się na drugi brzeg. Wrócił do domu na bosaka. Konrad pamięta, że w Oborach koło Gizałek ksiądz namawiał do przemocy. W nocy Polacy spędzili gromadę Niemców i chcieli utopić ich w stawie, na szczęście nie doszło do tragedii. Potem kapłan wypierał się tego, co mówił. – Za to ksiądz z Zagórowa dążył do zgody, sprzeciwiał się tej hołocie – przyznaje Konrad. – Różni byli ludzie. Normalni źle nas nie traktowali. To tak jak teraz, gdzie nędza, tam i chuligaństwo.

  •  kościół poewangelicki we Wrąbczynkowskich Holendrach

W Puszczy Pyzdrskiej niewiele zostało po Olędrach.
Na zdjęciu kościół poewangelicki we Wrąbczynkowskich Holendrach

Volkslisty i Wehrmacht

Konrad miał trzynaście lat, gdy wybuchła wojna. We wrześniu pomagał bratu w Barczyźnie wyrównywać drogę, nagle w oddali zobaczył tłum ludzi uciekających z Poznania. – Wszystko jakby się zatrzymało w tej chwili – przypomina sobie.

Rok szkolny 1939/1940 wyraźnie pokazywał nową rzeczywistość. W ławkach obok niemieckich uczniów nie zasiedli już ich polscy koledzy. Olędrzy pod presją okupanta podpisywali volkslisty. – Niektórzy sympatyzowali z hitleryzmem, inni trzymali z Polakami. Wiele rodzin mieszanych przeżywało dramaty, były łamane. Czasem jeden brat walczył w polskim wojsku, drugi w niemieckim albo syn przed wojną służący w polskiej armii zabierany był do Wehrmachtu. Słyszałem też opowieść, jak w walkach sąsiad zabił sąsiada, u którego przed wojną tańczył na weselu. Potem musiał z tym żyć – tłumaczy Witold Przewoźny, kustosz Muzeum Etnograficznego w Poznaniu, który w 2010 roku przeprowadzał badania w Puszczy Pyzdrskiej. – Zdarzało się, że sołtys wydawał Żydów, potem cała rodzina była piętnowana. Ale pamiętajmy, że Polacy też takie rzeczy robili. Olędrzy mieli silne poczucie tożsamości narodowej, częściowo zasymilowali się z Polakami, ale nie do końca. Podczas zaborów przyjęli kulturę Prus. Trudno wymagać od nich, by byli polskimi patriotami. My, Polacy, wysoko zawiesiliśmy im poprzeczkę.
 

Szwagier w szafie


Hannah Brant mieszkała z rodzicami w Orlinach, gdy podczas okupacji zaczęło się wywożenie polskich gospodarzy ze wsi. Na ich miejsce okupant przywoził swoich.  Jej ojcu to  się w głowie nie mieściło. Hannah wspomina, że oburzało go, jak można komuś jego własną ziemię zabrać?. W 1945 roku ten sam los spotkał Olędrów.

Ludzie zaczęli się bać sąsiadów, nie ufali już sobie nawzajem. Zaczęły się migracje ze wschodu na zachód. W 1941 krewnych Luizy Lipert wysiedlono z majątku na Wołyniu. Przyjechali do rodziny do Pietrowa. – Żal im było te piękne ziemie, co je od carycy Katarzyny dostali, porzucać. Gdy w 1945 roku Ruscy weszli, to ich wszystkich do łagrów wywieźli. Żona więcej ich nie zobaczyła – ucina Konrad. Luiza nie chce o tym mówić.

Z początkiem 1944 roku przeczuwano już, że Hitler przegra wojnę. Mężczyźni wracali do domów na przepustki i opowiadali o grozie frontu wschodniego. – Wuj z Węglewskich Holendrów na front już nie poszedł. Siostra ze służącą ukrywały go w szafie osiemnaście miesięcy. Dzieciom czasem wydawało się, że słyszą jego głos. Nic jednak nie wiedziały. Gdyby się wydało, hitlerowcy zastrzeliliby całą rodzinę – mówi Konrad.


Sukienka z worka

Zbliżała się radziecka armia, Olędrzy wahali się – uciekać, czy zostać. – Oni czuli się trochę innymi Niemcami – Witold Przewoźny, kustosz poznańskiego Muzeum Etnograficznego, naświetla sytuację. – Nie chcieli porzucać gospodarstw przekazywanych z dziada pradziada, często mieli tu polskich krewnych, a w Niemczech nikogo. Uważali, że Polska to ich dom.

Siostrzenica Konrada wzięła wóz i ze znajomą gospodynią dojechały do Niemiec. Nie wszystkim się powiodło. Siostra Konrada nie zdążyła przed wysadzeniem mostu w Śremie.

Konrad dobrze pamięta pierwsze spotkanie z czerwonoarmistami. – Całe pole rozjechali czołgami, zastrzelili świnie, szynki wycięli, resztę zostawili na zmarnowanie. Od razu zakazali też wyjeżdżać. Wszyscy z niepokojem czekali, jaki będzie ich los. Nie spodziewali się jednak, że zostaną wyrzuceni z domów. Pozbawiono ich obywatelstwa i  środków do życia. Mogli wziąć tylko to, co mieściło się w rękach. Niektórzy trafiali do przejściowych obozów, skąd polscy krewni, jeśli takich mieli, brali ich do siebie jako parobków. Matka Lisy Fener trafiła do obozu w Złotnikach Wielkich. Lisa i jej brat zostali w rodzinnej Kaźmierce. W ich domu zamieszkała Polka zza Buga, która źle ich traktowała, nie dawała jeść i pić. Dzieci na własną rękę szukały pożywienia. Dla nich to była tragedia – zostały bez matki, bez kogokolwiek życzliwego wokół. Ojciec i wszyscy inni krewni zginęli na wojnie.

Gdy rygor w obozie złagodzono, dzieci dołączyły do matki. Tam, w szopach mieszkało około 150 ludzi. Po wyjściu na wolność pomogli im sąsiedzi, Polacy. Mama uszyła Lisie sukienkę z worka. Dziewczynka czasem na targu spotykała tę nową gospodynię w ubraniach mamy.

  • Kapliczka na bezdrożach

Kapliczka na bezdrożach

Każdy tutaj brał mnie do gnoju

Lipertów wysiedlono w maju. – Zawsze dobrze żyliśmy z ludźmi, ojciec pomagał Polakom podczas wojny, więc nas nie okradli, ale inni gospodarze nie mieli tyle szczęścia – Konrad kręci głową. By przeżyć, rodzina musiała się rozproszyć. Siostra Agnes wyjechała do Niemiec, rodzice zamieszkali w niewykończonym budynku gospodarczym w okolicznej wiosce. Bezdzietni krewni z Pyzdr przygarnęli do siebie pozostałe siostry. Konrad sześć lat tułał się po sąsiadach, gdzie w zamian za chleb i dach nad głową pomagał w gospodarstwie. W końcu wyjechał na Pomorze do fabryki włókien sztucznych, by po dwóch latach wrócić i ożenić się z Luizą. Młode małżeństwo mieszkało kątem u sąsiadów. Wójt odmawiał im przyznania lokum, mimo że zostali zrehabilitowani i odzyskali obywatelstwo. Dostali za to dokument, gdzie było napisane, że odebrano im ziemię, bo podczas wojny mówili w domu po niemiecku. Konrad żałuje, że nie pamięta już tego języka: – Po wojnie nie wolno było mówić, a teraz, choć chciałbym, nie potrafię. W latach sześćdziesiątych dzięki wsparciu rodziny kupili ruderę, potem kawałek ziemi. – Na głowę się sypało, szczury biegały, z czasem jednak udało się postawić coś porządnego. Z pracą było krucho. W całej wsi nie ma gospodarstwa, gdzie bym obornika nie wywalał.


Drang nach Westen

Krewniacy, którzy na Zachodzie znaleźli się w niewoli, po wyjściu z obozów ściągali do Niemiec żony i dzieci. Wielu z nich nigdy już do Polski nie przyjechało, nawet w odwiedziny. – W ludziach została zadra i żal do losu –  tłumaczy Przewoźny. – Kiedyś ich przodków zaproszono na te ziemie, które przez wieki wymagały pracy nad siły, w zamian dawały tylko biedę, a potem tę ojcowiznę wydartą surowej naturze odebrano. Wojna zniszczyła wszystko. Nikt nie patrzył w życiorysy, kto był dobrym człowiekiem, a kto nie. Trauma, którą przeżyli, spowodowała masowe wyjazdy, zwłaszcza w latach siedemdziesiątych. Ci, co pozostali, żyli z piętnem wroga – Niemca. Nawet po rehabilitacji zła opinia ciążyła tym ludziom do końca życia. – Ich dzieci wyzywano w szkole od Szwabów – kontynuuje Przewoźny. – Pamiętam, jak jeden mężczyzna wspominał, że nawet najlepsi koledzy, z którymi grał w zespole muzycznym, gdy się posprzeczali, wypominali mu niemieckie pochodzenie.

  • wieś

 Trudno dziś uwierzyć, że spokojna wieś była świadkiem wielu ludzkich dramatów

Takie wspaniałe gospodarstwo było

Niektóre osady całkowicie opustoszały. Pozostały zrujnowane domostwa, zapomniane i zarośnięte cmentarze. Polacy w odwecie za wojenną traumę okradali je i niszczyli, czasem traktowali jak śmietnik, a nie miejsce kultu. Hannah Brant po raz pierwszy przyjechała do Orlin w 2010 roku, by, jak mówi, powspominać i odnaleźć groby krewnych. Tylko dzięki pomocy osoby, która tu kiedyś mieszkała, mogła zidentyfikować to, co z nich pozostało.

Lisa Fener tęskni za Kaźmierką. Kiedyś śmiała się z mamy, która mówiła, że mogłaby zamieszkać w przyczepie kampingowej, byle tylko tam być. Teraz Lisa czuje podobnie. Narzeka, że nowi właściciele dobrze nie gospodarzą, nie zainwestowali ani w ziemię, ani w obejście. Dom spłonął, stodoła rozpadła się ze starości. Większość ziemi leży odłogiem. Na miejscu szkoły, do której chodziła, zasadzono kwiaty. Razem z siostrą starają się w sądzie o odzyskanie ziemi, ale nie wierzą, że im się uda. Grunty przeszły na rzecz Skarbu Państwa, a sprawa toczy się bardzo powoli.

Mój syn jest kronikarzem rodziny – mówi Konrad – Wie dokładnie, gdzie kto mieszkał, która ziemia do kogo należała. Gdy przywiózł do Wrąbczynkowskich Holendrów rodzinę z Niemiec, nowi mieszkańcy wyzywali ich i grozili. Nawet zdjęcia nie pozwolili zrobić. Czasem serce się ściska, jak się widzi, że najlepszych działek nie uprawiają. Tyle mają, co na życie. A to takie wspaniałe gospodarstwo było.

(imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione)

Ewa Konarzewska-Michalak

Autorka dziękuje Wiesławie i Przemysławowi Kowalskim oraz etnografom: dr. Witoldowi Przewoźnemu i Annie Brzezińskiej za pomoc w napisaniu artykułu i za udostępnienie badań, które wykonali w Puszczy Pyzdrskiej w 2010 roku.

  • tablica

Po latach zapomnienia historię Olędrów odkryli Wiesława i Przemysław Kowalscy, społecznicy z Towarzystwa Kulturalnego Echo Pyzdr. Tematem zainteresowali się przez przypadek. Przy odnawianiu grobu zmarłego wujka odkryli, że na płycie od spodu wyryte są niemieckie litery. Kamieniarze, którym zlecono wykonanie nagrobka, musieli zabrać ją z któregoś z olęderskich cmentarzy. Kowalscy zaczęli spotykać się z ludźmi, odkrywać ich osobiste dramaty, a jednocześnie piękno zanikającej kultury. Teraz razem ze stowarzyszeniem Mecenat od 2009 roku realizują projekt „Puszcza Pyzdrska. Olędrzy i ich żelazne domy” dofinansowany z FIO. W ramach projektu ściągnęli do puszczy naukowców z UAM, ASP i Muzeum Etnograficznego. Badania zaowocowały między innymi wystawą poświęconą olęderskiemu dziedzictwu, przygotowano również katalog cech charakterystycznych architektury regionalnej Puszczy Pyzdrskiej, który posłuży za wzór do opracowania modelowych projektów domów. Wydano publikację – przewodnik po puszczy, a także zorganizowano warsztaty edukacyjne dla nauczycieli. Społecznicy we współpracy z samorządami i biznesem chcieliby rozwinąć turystykę tego unikalnego regionu.

« wstecz

Newsletter