Sport dla najmłodszych

Powiatowa Strefa Sportu organizowana przez wrzesińskie starostwo przy okazji gminnych biegów jest za półmetkiem. Ostatnio odbyły się dwa sportowe spotkania w Nekli i Kołaczkowie. 

Bieg z przeszkodami, rzut piankowym oszczepem, tor przeszkód czy rzuty do celu to konkurencje, które prowadzący zajęcia proponują najmłodszym mieszkańcom powiatu, kiedy ich rodzice i opiekunowie biorą udział w biegach organizowanych przez gminy. W Nekli był to VI Nekielski Bieg Do Lata, a w Kołaczkowie XXXVIII Bieg o Złoty Kłos. Rywalizacja sportowa przybiera formę zabawy, nie ma wygranych i przegranych. Każdy młody uczestnik otrzymuje medal i dyplom. Często jest to jego pierwszy medal w życiu, więc tym bardziej Powiatowa Strefa Sportu sprawia sporo radości dzieciom i motywuje do dalszej aktywności fizycznej. Kolejne sportowe zmagania zaplanowane są na 25 sierpnia w Pyzdrach przy okazji XXXVIII Ogólnopolskiego Biegu Kazimierzowskiego. Tegoroczną Powiatową Strefę Sportu zamyka wydarzenie towarzyszące IV Biegowi Miłosław Biega 1 września w Miłosławiu. Już dziś zapraszamy na obie edycje. 

Mateusz Maserak
 

  • STREFA SPORTU 001
  • STREFA SPORTU 002
  • STREFA SPORTU 003
  • STREFA SPORTU 004
  • STREFA SPORTU 005
  • STREFA SPORTU 006
  • STREFA SPORTU 007
  • STREFA SPORTU 008
  • STREFA SPORTU 009
  • STREFA SPORTU 010
  • STREFA SPORTU 011
  • STREFA SPORTU 012
  • STREFA SPORTU 013
  • STREFA SPORTU 014
  • STREFA SPORTU 015
  • STREFA SPORTU 016
  • STREFA SPORTU 017
  • STREFA SPORTU 018
  • STREFA SPORTU 019
  • STREFA SPORTU 020
  • STREFA SPORTU 021
  • STREFA SPORTU 022
  • STREFA SPORTU 023
  • STREFA SPORTU 024
  • STREFA SPORTU 025
  • STREFA SPORTU CZ2 026
  • STREFA SPORTU CZ2 027
  • STREFA SPORTU CZ2 028
  • STREFA SPORTU CZ2 029
  • STREFA SPORTU CZ2 030
  • STREFA SPORTU CZ2 031
  • STREFA SPORTU CZ2 032
  • STREFA SPORTU CZ2 033
  • STREFA SPORTU CZ2 034
  • STREFA SPORTU CZ2 035
  • STREFA SPORTU CZ2 036
  • STREFA SPORTU CZ2 037
  • STREFA SPORTU CZ2 038
  • STREFA SPORTU CZ2 039
  • STREFA SPORTU CZ2 040
  • STREFA SPORTU CZ2 041
  • STREFA SPORTU CZ2 042
  • STREFA SPORTU CZ2 043
  • STREFA SPORTU CZ2 044
  • STREFA SPORTU CZ2 045
  • STREFA SPORTU CZ2 046
  • STREFA SPORTU CZ2 047
  • STREFA SPORTU CZ2 048
  • STREFA SPORTU CZ2 049

 

Pamiętając o krwawej niedzieli

W rocznicę kulminacji ludobójstwa na Wołyniu Starostwo Powiatowe zorganizowało spotkanie poświęcone tym przerażającym wydarzeniom. 

Data spotkania – 11 lipca – nie była przypadkowa. Tego dnia 1943 roku odbyła się akcja masowej eksterminacji polskiej ludności cywilnej na Wołyniu, zwana krwawą niedzielą. Świadkami tej tragedii byli także ludzie, którzy po wojnie trafili na teren powiatu wrzesińskiego. Wśród nich były m.in. mieszkanka Kołaczkowa Maria Świerczyńska i mieszkanka Wrześni Marianna Nadolna, które tego wieczoru pojawiły się we wrzesińskim Kinie Trójka, żeby mówić głośno o przeżyciach swoich rodzin.

–  Nasze spotkanie jest nie po to, żeby rozdrapywać rany, ale po to, żebyśmy w naszej zbiorowej pamięci utrwalili te ważne dla naszych rodaków i dla naszego państwa wydarzenia – powiedział starosta wrzesiński Dionizy Jaśniewicz, który zaznaczył, że zbrodnia wołyńska pokazuje, czym jest wojna, jakie wyzwala instynkty, i do czego prowadzą zdrada i nienawiść. Podkreślił przy tym, że ludzie ginęli na Wołyniu nie dlatego, że czynili komuś krzywdę, tylko dlatego, że byli Polakami. – To jest bagaż, którego nie da się pozbyć, a my nie możemy przejść nad tym do porządku dziennego – dodał.

W programie spotkania znalazł się wykład Zbrodnia wołyńska 1943-1945 w świetle badań naukowych, który wygłosił prof. dr hab. Grzegorz Motyka, dyrektor Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk specjalizujący się m.in. w tematyce konfliktu polsko-ukraińskiego oraz XX-wiecznych zbrodni przeciwko ludzkości. Prelegent nakreślił słuchaczom tło okrucieństw na Wołyniu, opowiedział o przyczynach i najważniejszych chwilach tych zbrodniczych wydarzeń. Nie unikał również mówienia o niewygodnych aspektach, takich jak akcje odwetowe, czy kwestiach dotyczących niejasności wokół konfliktu. – Moim zdaniem dobrym podsumowaniem stanu wiedzy jest film Wojciecha Smarzowskiego, któremu udało się ukazać najważniejsze przynajmniej ustalenia. Są też fragmenty, z którymi bym się nie do końca zgadzał, ale uważam ten obraz za bardzo udany – powiedział Grzegorz Motyka. Wśród kwestii spornych gość wskazał scenę święcenia noży w cerkwi, z czym z kolei nie zgodziła się Maria Świerczyńska, mówiąc o świadectwie swojej mamy.

Podczas dyskusji okazało się, że na sali było więcej osób, którzy byli krewnymi czy potomkami tych, którzy przeżyli rzeź wołyńską. Kto nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytanie, mógł jej poszukiwać w jednej z publikacji wykładowcy, które tego dnia były dostępne w kinie na stoisku przygotowanym przez miłosławską księgarnię. Po wykładzie zaprezentowano wspomniany film Wołyń – widzowie mieli okazję uzmysłowić sobie wymiar tragedii sprzed blisko osiemdziesięciu lat, o której nie wolno nam zapominać.                                 

  Klara Skrzypczyk

  • WOŁYŃ002
  • WOŁYŃ004
  • WOŁYŃ010
  • WOŁYŃ012
  • WOŁYŃ015
  • WOŁYŃ017
  • WOŁYŃ018
  • WOŁYŃ020
  • WOŁYŃ022
  • WOŁYŃ029
  • WOŁYŃ031
  • WOŁYŃ034
  • WOŁYŃ035
  • WOŁYŃ037
  • WOŁYŃ038
  • WOŁYŃ040
  • WOŁYŃ041
  • WOŁYŃ042
  • WOŁYŃ044
  • WOŁYŃ045

Fragmenty wykładu prof. dr. hab. Grzegorza Motyki:

Zbrodnie obejmowały nie tylko Wołyń, ale także Galicję Wschodnią i działy się w latach 1943-45. Panuje głębokie przekonanie, że na ten temat właściwie nic nie wiadomo. Było ono prawdziwe na początku lat 90., bo w okresie panowania komunizmu rzeczywiście zakazane były badania naukowe.

Mówimy o mordzie, który był masowy, ale też zorganizowany. Okrucieństwo brało się stąd, że sprawcy tych zbrodni, członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii uznali, że jeżeli dokonają tej operacji okrutnie, to wówczas stworzą wrażenie buntu ludowego.

Wszystko zaczyna się 9 lutego 1943 od pierwszej wioski, Parośli, gdzie wchodzi oddział UPA, udając partyzantów sowieckich. Wiąże Polaków, potem zabija ich siekierami, żeby stworzyć wrażenie, że oto chłopi przyszli. Potem napadają na kolejne polskie wioski. Pojawiają się meldunki, które mówią, że to banderowcy przystąpili do czyszczenia terenu, ale nie do końca się im niestety dowierza. To pozwoliło przywódcy OUN i UPA na terenie Wołynia przeprowadzić gigantyczną operację 11 lipca 1943, kiedy to w ciągu 24 godzin około 100 polskich miejscowości zostaje właściwie zmasakrowanych. Nie ma żadnej wątpliwości, że to oddziały OUN i UPA prowadzą te operacje, mobilizując przymusowo po części chłopów ukraińskich, którym dają siekiery i niejednokrotnie przymusem każą zabijać. Od jesieni 1943 roku przeprowadzane są pierwsze operacje w Galicji Wschodniej, a w 1944 roku jest już ich cały szereg.

Antypolska akcja trwająca od lutego 1943 roku do maja 1945 na Wołyniu kosztowała życie 50-60 tys. ludzi, a w Galicji Wschodniej dodatkowe 30-40 tys., co daje razem około 100 tys. ofiar.

Fragmenty relacji Henryka Kloca odczytane podczas spotkania przez jego krewną Mariannę Nadolną, również pochodzącą z Wołynia mieszkankę Wrześni:

Wieczorem 29 sierpnia 1943 roku żaden z mieszkańców Woli Ostrowieckiej nie poszedł spać. Doszły do nas niepokojące wieści, iż w sąsiednich wsiach zgromadziły się tłumy Ukraińców oszalałych z nienawiści. Oddziały samoobrony wystawiły czujki w różnych punktach wioski, a wszyscy mieszkańcy w każdej chwili byli gotowi opuścić rodzinną ziemię, jeśli by zauważyli Ukraińców. Noc pełna grozy i oczekiwania najgorszego miała się ku końcowi. Wtedy na tle porannych zorzy wyłonił się zwarty tłum Ukraińców. Z zaskoczenia weszli do wsi. Na horyzoncie pojawiła się czerwona kula słoneczna, która zapowiadała krwawe żniwo, mające się dokonać za kilka godzin. Tymczasem bojówkarze ukraińscy wkraczający do wsi zachowywali się nadzwyczaj spokojnie, a do Polaków odnosili życzliwie. Byliśmy zdziwieni i zaskoczeni ich stosunkiem do nas.

We wsi rozpoczął się normalny ruch, ale żaden pastuch nie wypędził krów na pastwisko, ani żaden gospodarz nie jechał w pole do pracy. Czuć było w powietrzu jakąś grozę. Około godziny 8 rano dało się słyszeć głosy ukraińskich bojówkarzy wzywających mężczyzn w wieku od 18 do 60 lat na zebranie, które miało się odbyć na placu szkolnym, gdzie zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców, którzy oświadczyli, iż pragną razem z Polakami walczyć przeciwko Niemcom. Następnie powiedzieli im, że będą brać ich na badania lekarskie i sprawnościowe. Odprowadzali po sześciu mężczyzn w nieznanym kierunku. Gdy na boisku pozostały tylko dzieci, kobiety i starcy, Ukraińcy siłą wzięli ich do szkoły. Wiedzieliśmy, że zostaniemy za chwilę zamordowani.

Około południa po raz pierwszy dało się słyszeć strzały z broni maszynowej. Wśród Ukraińców powstał popłoch i dezorientacja. Gwałtownie zamknęli drzwi do szkoły i wybiegli na zewnątrz budynku. Do wnętrza zaczęli wrzucać granaty i strzelać. Wielu zostało zabitych. Rozległy się jęki rannych, płacz dzieci i krzyk matek. Upowcy podpalili budynek – płonął jak pochodnia. Leżałem na podłodze i nagle rozległ się huk granatów. Krew i poszarpane ciało trysnęły na mnie, byłem w szoku. Podczołgałem się do mojej młodszej siostry Anny. Nie żyła. Została trafiona w głowę. Kula wyrwała duży otwór w czaszce. Otępiały z wrażenia podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiącą matkę, jeszcze żyła. Podczołgałem się do niej i przytuliłem po raz ostatni.

Fragmenty wypowiedzi Marii Świerczyńskiej, pochodzącej z Wołynia mieszkanki Kołaczkowa:

Pochodzę z Ostroga nad Horyniem, gdzie przed wojną była granica polsko-sowiecka. Moja mama na wiadomość, że popi święcą noże, widły i siekiery, poszła do cerkwi. Mama nie żyje już, ale z opowiadań rodzinnych wiem, że pop święcił noże, żeby Lachów, bo tak nas nazywano, rżnąć.

Już po wejściu frontu sowieckiego Ukraińcy próbowali jeszcze walczyć z Sowietami również, ale wojska sowieckie były na tyle silne, że się brały za prowodyrów band i po decyzji sądu wojennego wieszały ich na rynkach miast. W Ostrogu na rynku został powieszony nauczyciel, syn popa z Hrubieszowa Lubelskiego, który najpierw zamordował swoją żonę Polkę, a później dwoje swoich dzieci i przyszedł do nas mordować Polaków. Większość uczestników mordów została wywieziona na Syberię na 25 lat albo na dożywocie.

Kiedy Niemcy już przegrywali wojnę i uciekali na zachód, a do nas zbliżał się front sowiecki ze wschodu, ksiądz proboszcz z Ostroga mający w swojej działalności 30 miejscowości, wiosek albo osad zarządził, żeby wszyscy Polacy skryli się w więzieniu albo w seminarium nauczycielskim. To był początek 1944 roku. Przez 2 tygodnie byliśmy oblężeni przez bandy ukraińskie, które wykorzystały okres bezprawia, rzucały ulotki „poddajcie się, bo i tak was wszystkich zamordujemy”. Jacy fałszywi byli Ukraińcy, skoro gdy front sowiecki już się zbliżał, wychodzili wojskom na spotkanie i ostrzegali ich przed Polakami, że napadają i mordują i kiedy wojska sowieckie weszły do miasta, to dopiero zaczął się atak Ukraińców. O wielu sprawach się nie mówi, naprawdę.

 


 

Zabytkowe miłosławskie rejony

Na terenie tej gminy znajduje się dziewiętnaście zabytkowych budynków, a w samym mieście jest dziewięć z nich. Miłosław posiada największą w powiecie wrzesińskim liczbę pomników przyrody. Naprzemiennie z Krakowem, Szwajcarią i Warszawą odbywa się tu wręczenie Nagrody Fundacji im. Kościelskich, a niejeden smakosz zna miejscowość z mieszczącego się w niej browaru.

Nasze ostatnie podróże były skupione na jednej miejscowości. Tym razem zaplanowałam trasę rowerową, która prowadzi od Miłosławia przez Bugaj do Czeszewa. Odległość od startu do mety to około 10 kilometrów, jadąc drogą krajową nr 15 oraz drogą wojewódzką nr 441. Może to być wycieczka nie tylko dla tych mieszkających w Miłosławiu czy okolicach, ale też dla przyjezdnych. Zachęcam do spakowania rowerów w samochód, przejechania do Pałacu Mielżyńskich (bo tutaj zaczynamy naszą podróż), pozostawienia auta, a wybrania się w dalszą drogę rowerami. Oczywiście zawsze można przebyć tę trasę samochodem.

Pierwszy przystanek – Pałac w Miłosławiu

Willa została zbudowana w pierwszych latach XIX wieku. Wykonano ją według projektu Carla Friedricha Schinkela – dużej sławy architekta, urbanisty, malarza i projektanta. Według pomysłu Seweryna Mielżyńskiego, w 1843-1844 rozbudowano apartament, dodając dwa skrzydła ogrodowe oraz wieżę, a pod koniec XIX wieku dobudowano jeszcze kolejne skrzydła i okazały portyk na froncie. Właścicielami budynku byli początkowo Mielżyńscy, a później Kościelscy. W miłosławskim pałacu gościły znane osobistości takie jak Henryk Sienkiewicz, Józef Ignacy Kraszewski, Henryk Wieniawski, Julian Fałat czy Władysław Reymont. W 1882 otwarto tu galerię obrazów, które zbierali Mielżyńscy. Później zostały one przekazane Poznańskiemu Towarzystwu Przyjaciół Nauk. Obiekt spalili w 1945 roku ustępujący hitlerowcy. W latach 60-tych odbudowano go, jednakże styl klasycystyczny pozostał tylko na zewnątrz. Do niedawna uczyły się tutaj ostatnie roczniki Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego. To właśnie w tej szkole działa Młodzieżowa Agencja Przewodników Turystycznych, która chętnie oprowadza po pałacu zainteresowane grupy. Do agencji należy ok. 26 młodych osób. – Mielżyńscy słynęli z dbałości o swoich pracowników. Świadczą o tym stojące do dziś budynki mieszkalne zwane czworakami. Zidentyfikować je możemy po charakterystycznym dla projektów Mielżyńskiego szczególe architektonicznym, czyli umieszczonym w szczycie budynku otworze okiennym w kształcie koła. Hrabia dbał również o wykształcenie miłosławian. Wybudował szkołę, która funkcjonowała do 2012 roku – opowiada jedna z członkiń MAPT. Warto dodać, że w pałacu (naprzemiennie z Krakowem, Szwajcarią i Warszawą) wręczana jest Nagroda Fundacji im. Kościelskich, którą założyła wdowa po właścicielu pałacu w Miłosławiu – Monika. Chciała ona upamiętnić zmarłego męża i syna. Nagroda Kościelskich to prestiżowe wyróżnienie literackie, najstarsze w Polsce.  

Przystanek drugi – zameczek myśliwski w Bugaju

Nosi on także nazwę Bażantarni, gdyż do 1945 roku prowadzono tutaj hodowlę tych ptaków. Obiekt powstał w połowie XIX wieku prawdopodobnie według projektu Mielżyńskiego. Budynek usytuowano na wzniesieniu wśród lasów. Wykonano go z kamienia oraz cegły i otoczono murem obronnym. Posiada ośmioboczną wieżę. Zameczek został częściowo zniszczony po wojnie. Odbudowano go w 1974 roku. Obecnie znajdują się tutaj restauracja oraz pokoje gościnne.

Po trzecie – czeszewska edukacja

Ośrodek Edukacji Leśnej „Centrum Zarządzania Łęgami” kiedyś był rządcówką w zespole folwarcznym, obecnie natomiast pełni rolę leśniczówki. Budynek leży przy Żerkowsko-Czeszewskim Parku Krajobrazowym. Od zawsze był związany z lasami państwowymi. Historycy spierają się co do daty jego wybudowania. Część z nich mówi o roku 1880, a część o 1882. Wartym zwrócenia uwagi jest znajdujący się na pierwszym piętrze budowli taras widokowy, skąd można oglądać panoramę terenu zalewowego Warty. Leśnictwo posiada powierzchnię1 650 ha. W tym obrębie występują rzadkie w Wielkopolsce lasy łęgowe, czyli zbiory leśne znajdujące się nad rzekami lub potokami. Leśnictwo jest unikatowe pod tym względem, że jako jedyne w Polsce posiada prom rzeczny Nikodem, który przewozi zwiedzających na drugi brzeg Warty. – Nazwa środka transportu wzięła się od chęci upamiętnienia nieżyjącego już Nikodema Przybylskiego, który przez wiele lat przewoził każdego z jednego brzegu rzeki na drugi – opowiada podleśniczy Marek Dobroczyński.  Do ośrodka rocznie przyjeżdża ok. 5-6 tysięcy dzieci. Oczywiście najbardziej oblegane terminy to wiosna, lato i jesień. Obiekt jest najbardziej ukierunkowany na edukację najmłodszych, dlatego znajdują się tu ekspozycje stałe oraz instalacja rzeka, gdzie dzieciaki uczą się o obiegu wody w przyrodzie przez pokonanie toru przeszkód. – Po drugiej stronie Warty mamy ścieżki edukacyjne: bardzo ciekawa Tropem leśnych zwierząt oraz ścieżka łowiecka. Są one specjalnie przygotowane i wymyślone przez nas, pracowników nadleśnictwa Jarocin – dodaje Dobroczyński.

Piękna przyroda nasza

Gmina Miłosław posiada największą liczbę pomników przyrody. Znajduje się ich tutaj aż 19. Najstarsze z nich zostały ustanowione w 1965 roku. Wśród roślin wyróżnić można sosnę pospolitą, dąb szypułkowy, perłowca japońskiego, miłorząb japoński czy lipę drobnolistną. Pomniki są rozlokowane w miłosławskim zespole parkowo-pałacowym, leśnictwie Sarnice oraz Warta, w Lesie Czeszewskim, a także przy drogach np. w Lipiu.

Trzeba pamiętać o kulturze

Nie sposób nie wspomnieć o ważnym obiekcie, który znajduje się w Miłosławiu, a którego właścicielem od 2016 roku jest powiat wrzesiński. Mowa o dawnym kościele ewangelickim, czyli Powiatowej Scenie Kultury ZAMKOWA. Został wybudowany w 1872 roku. Po II wojnie światowej obiekt zamknięto. Stał i niszczał do 1977 roku, gdy postanowiono przeznaczyć go na galerię Miłosławskiego Centrum Kultury. Zabytek wymagał jednak gruntownego remontu. Dzięki dotacjom i własnemu wkładowi powiatu udało się wymienić okna oraz drzwi do zakrystii i na wieżę, naprawić dach nad apsydą i nawą główną oraz posadzki w prezbiterium, zabezpieczyć malowidła na ścianach, a także odrestaurować drewniane elementy wewnątrz obiektu. Obecnie trwają kolejne prace remontowe. Na ten czas dawny kościół został całkowicie wyłączony z działalności. Dotychczas powiat zorganizował w nim wiele imprez np. Wielkie Nocne Czytanie z udziałem m.in. Jacka Dehnela, Mikołaja Łozińskiego, Olgi Tokarczuk, Andrzeja Dybczaka, Marcina Kurka, Andrzeja Franaszka, Józefa Barana, Tomasza Różyckiego, Olgi Stanisławskiej, Dawida Bieńkowskiego, Tomasza Jastruna, Ryszarda Krynickiego, Andrzeja Sosnowskiego czy Andrzeja Dybczaka, a także Andrzeja Seweryna, wieczory literackie – spotkania z laureatami prestiżowej literackiej Nagrody Fundacji im. Kościelskich (m.in. z Maciejem Płazą i Szczepanem Twardochem), eliminacje Wojewódzkiego Konkursu Recytatorskiego im. Juliusza Słowackiego, wystawy, wernisaże, koncerty kolęd z udziałem takich gwiazd muzyki jak Irena Santor, Eleni, Alicja Majewska, Hanna Banaszak, Zespół Trebunie Tutki, Chór Prymasowski i Polihymnia. Z koncertami wystąpili tu m.in. Myslovitz, Domowe Melodie, Stare Dobre Małżeństwo, Janusz Radek czy Stanisława Celińska. Gdy na Zamkowej (obiekt znajduje się przy tej właśnie ulicy) znowu zacznie tętnić życie, będzie można go zwiedzać podczas organizowanych w nim wydarzeń kulturalnych.Nasza wycieczka rowerowa dobiegła końca. Połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu, zwiedzanie zabytków, poznawanie ciekawostek o okolicy, a do tego spalenie kilku kalorii. Teraz czas udać się na zasłużony posiłek. Pełnoletni mogą spróbować piwa z lokalnego browaru, będącego niewątpliwie chlubą tego miejsca.                         

Klaudia Kubiak

  • fot1
  • fot2
  • fot3
  • fot4
  • fot5

 

  • MAPA

Drogi powiatu wrzesińskiego

Od początku czerwca we wrzesińskim starostwie funkcjonuje Wydział Dróg Powiatowych. Został on utworzony z istniejącego wcześniej referatu. Mimo tej zmiany, zadania pozostały te same. A jest ich wiele.

Wydział jest umownie podzielony na cztery części, z których każda zajmuje się innymi sprawami. Część osób odpowiada głównie za administrację. Wydają na przykład zezwolenia firmom zewnętrznym na umieszczenie urządzeń obcych w pasie drogowym. W wydziale znajduje się osoba sprawująca zadania zarządzającego ruchem. Do jej obowiązków należy  między innymi zatwierdzanie projektów organizacji ruchu, opiniowanie geometrii w projektach budowlanych, wydawanie pozwoleń pojazdom nienormatywnym. Kolejna ekipa zajmuje się bieżącym utrzymaniem dróg, nadzoruje pracę Służby Drogowej, ale także kupuje potrzebne materiały i zleca poszczególne roboty. Przez cały rok, o ile pozwalają na to warunki atmosferyczne, wykonywane są cząstkowe remonty dróg, czyli potoczne łatanie dziur. Dodatkowo ścinanie poboczy czy prace związane z zielenią przydrożną, takie jak wycinka drzew, karczowanie krzewów, koszenie traw. Oczywiście zdecydowana większość takich prac odbywa się wiosną, latem i jesienią. Ostatnia grupa pracowników wydziału zajmuje się sprawami inwestycyjnymi.

Zlecamy także dużo zadań firmom zewnętrznym. Niedawno zakończyło się chociażby usunięcie starego torowiska i wyrównanie nawierzchni na ul. Czerniejewskiej we Wrześni, co wykonała firma zewnętrzna. Nie mieliśmy takiego sprzętu, żebyśmy mogli sami to zrobić – mówi naczelnik Wydziału Dróg Powiatowych Bartłomiej Kaczmarzewski.

Oprócz małych robót, są także te większe. Aktualnie drogowcy pracują nad drugim etapem budowy chodnika w Krzywej Górze. W ubiegłym roku rozpoczęto tę inwestycję na około 300 metrach.

Zrobiliśmy odwodnienie, przygotowaliśmy podłoże, wykonaliśmy ściek i położyliśmy krawężnik. W tym roku robimy nawierzchnię. Najczęstszą rzeczą, której nie widać, a stwarza problem jest odwodnienie. Jeśli go nie zrobimy, będą oczywiście zastoje wody. Z tym jednak wiążą się duże koszty. Musieliśmy także sfrezować część drogi, uzupełnić ją masą i do tego dopiero dołożyć krawężnik. Tylko na te prace wydaliśmy już 150 tys. zł. Wielu wydaje się, że to szybka i łatwa praca, że wystarczy położyć kostkę i chodnik gotowy – opowiada.

Lada dzień rozpocznie się przebudowa drogi Targowa Górka-Mała Górka. Cała dokumentacja jest już przygotowana i czeka na rozpoczęcie pracy. Rozstrzygnięty jest też przetarg na przebudowę drogi Sokolniki-Szamarzewo.

Udało się wyłonić wykonawcę, który zaproponował najkorzystniejszą ofertę. Teraz czekamy na podpisanie umowy, projekt organizacji ruchu na czas budowy i przekazanie placu – dodaje naczelnik.

W planach jest także przebudowa odcinka drogi powiatowej z Mikuszewa do Pogorzelicy. Obecnie dokumenty znajdują się w Wydziale Inwestycji, Zamówień Publicznych i Funduszy Europejskich. Gdy tylko zostaną przygotowane, zostanie ogłoszony przetarg
i wyłoniony wykonawca. Wykaz zadań majątkowych na 2019 rok zakłada także budowę chodnika w Orzechowie. Tam jednak najpierw przeprowadzane są prace geodezyjne.

Złożyliśmy wniosek o przyznanie dofinansowania na budowę ciągu pieszo-rowerowego między Gutowem Małym a Grzybowem. Na razie czekamy na decyzję. Niebawem będziemy też robić własne pomiary do przebudowy drogi w Nowym Folwarku i ogłaszać przetarg. Tam mamy do wykonania samą nawierzchnię – wylicza Bartłomiej Kaczmarzewski.

Ekipa drogowa przeprowadza również pomiary na przebudowę chodnika na ul. Szybskiej w Pyzdrach. Być może już w połowie lipca rozpocznie się procedura przetargowa.

Budownictwo drogowe wiąże się z wieloma terminami. Nie chodzi tutaj tylko o samo wykonanie pracy, ale również dokumentację. To czasochłonny proces. Wiele pomiarów pracownicy Wydziału Dróg Powiatowych są w stanie wykonać sami, szczególnie związanych z mniejszymi pracami. Jednakże w przypadku dużych inwestycji konieczne jest zlecenie ich biurom projektowym z odpowiednimi uprawnieniami.

Terminy są bardzo różne. Czasami przebudowa drogi na odcinku około 2 kilometrów zostanie zrobiona w tydzień, a budowa 100 metrów chodnika może trwać 2 tygodnie, a nawet miesiąc. Dlaczego? To kwestia technologii i zakresu prac – mówi naczelnik.

Należy dodać, że niektóre decyzje są uzależnione od odgórnie nałożonych przepisów. Można przytoczyć wyśmiewane przez wielu bariery na ciągu pieszo-rowerowym z Wrześni do Gonic. Rzuca się w oczy, że jest ich tam dużo. Jednak wymóg prawny wskazuje, że jeżeli różnica poziomu wynosi powyżej pół metra, to należy takie bariery zamontować. Stąd wziął się biało-czerwony labirynt, uważany przez wielu za drogowy absurd.

Praca w Wydziale Dróg Powiatowych wymaga dużej odpowiedzialności. Nie tylko dlatego, że roboty drogowe muszą być dokładnie wykonane. W grę wchodzą tutaj duże pieniądze. Chociaż, jak przyznaje naczelnik Bartłomiej Kaczmarzewski, 100 tysięcy złotych to nie jest spora kwota w drogownictwie. Oczywiście wszystko zależy od tego, na co się ją przeznacza.

KK

 


 

Chodzi tylko o prawdę

Czasy II wojny światowej wydają się coraz bardziej odległe, jednak ciągle żyją w pamięci tych, którzy ocaleli. Polacy cierpieli na frontach, w obozach, borykali się z głodem i żyli w ciągłym strachu. Ten strach dotyczył także mieszkańców byłego województwa wołyńskiego II Rzeczypospolitej. Między 1943 a 1945 rokiem ukraińscy nacjonaliści wymordowali tam dziesiątki tysięcy Polaków. Nie jest znana dokładna liczba o ar, ale mogło ich zginąć nawet 60 tys. Na terenie naszego powiatu można spotkać świadków tamtych wydarzeń. Jednym z nich jest Maria Świerczyńska, której udało się przeżyć. Od lat 70. mieszka w Kołaczkowie. Zdecydowała się opowiedzieć nam o losach swojej rodziny, gdyż, jak podkreśla, chodzi o prawdę.

Urodziłam się w 2 lipca 1939 roku w Jelnie w północnej części Wołynia.

Ojciec
Mój ojciec Feliks Skiba był leśniczym. Przed wojną z więzienia w Berezie Kartuskiej uciekł jeden z osadzonych i skrywał się w lesie w jego rejonie. Wyznaczono bardzo wysoką nagrodę dla kogoś, kto złapie tego przestępcę. Moja mama prosiła, żebym udawała, że go nie widzę. Kiedyś podszedł i poprosił ojca o papierosy. Ojciec był niedzielnym palaczem, ale miał przy sobie papierosa, którego mu dał, dał mu też zapałki. W 1939 roku, kiedy Sowieci weszli na nasze Kresy, urzędnicy państwowi trafiali albo na Sybir, albo pod ścianę. Mojego ojca też postawili pod ścianą. Prowodyrem tej grupy, która napadła na leśniczówkę, był tamten zbieg. Poznał ojca i napisał przepustkę – rodzice mogli pojechać do dziadków, w okolice Ostroga nad Horyniem. Dziadek miał tam dosyć duże gospodarstwo.
Apogeum mordów i terroru banderowskiego przypadł na połowę 1943 roku. Ojciec wraz z innymi mężczyznami zorganizowali tzw. samoobronę. Później jeszcze z Warszawy przyjechali na pomoc oficerowie przedwojenni, którzy dowiedzieli się, co się dzieje na Wołyniu. Ta wieś nazywała się Stójło i była tak położona jak Pyzdry nad Wartą – nad Horyniem. Na noc uciekaliśmy przez most na, jak to babcia mówiła, sowiecką stronę, bo tam banderowcy nie szli. Oni byli przed wojną obywatelami polskimi pochodzenia ukraińskiego i mścili się, bo chcieli „samostijną” Ukrainę utworzyć. Postanowili napaść Stójło. Ta grupa samoobrony była niewielka, więc zaczęła się wycofywać, a ponieważ mój ojciec był dość wysoki, zauważyli go w zbożu. To było 29 czerwca. Dopadli go – mózg wyjęty, brzuch rozpruty. Miał zegarek z bransoletką na ręce, zdarli go ze skórą. W tę noc tylko mój ojciec zginął, reszta uciekła. Mordercami byli dwaj bracia, mieli na nazwisko Bilewicz. Po tym wszystkim partyzanci spacyfikowali tę rodzinę. Sprawiedliwości stało się zadość.

Przetrwać
Parafia Ostróg miała 30 miejscowości pod sobą. Banderowcy mordowali ile się dało, nasz ksiądz Remigiusz Kranc robił po kilkanaście pogrzebów dziennie. Potem skala tych mordów tak się zwiększyła, że ksiądz ogłosił, żeby wszyscy Polacy z sąsiednich miejscowości przyjechali do Ostroga, bo już domy Żydów były puste. M.in. ja z mamą i babcią zamieszkałyśmy w takim żydowskim domu, naprzeciw więzienia. Do morderstw namawiali popi, bo mama się o tym dowiedziała i z koleżanką poszły do cerkwi na nabożeństwo. Święcili noże, kosy, widły, żeby Lachów mordować, jak na nas mówili.
Mojej babci kuzynka już jako wdowa mieszkała z synem i córką w sąsiedniej wsi. Mieli stadninę koni i nie chcieli się wyprowadzić. Jakiś Ukrainiec powiedział do jej syna, żeby uciekali, bo będą musieli ich zabić. „Jak to, do szkoły razem chodziliśmy i będziecie musieli?” Ciotka, jej córka, syn i wnuczka wracali powózką z kościoła – banderowcy wyszli z lasu, zamordowali ich i tak posiekali, że nie wiadomo było, czyje były poszczególne części ciała. Pamiętam z opowiadania babci, że wszystkie kawałki ciał włożyli do jednej skrzyni.
Jak już Niemcy zaczęli przegrywać i cofać się, a w pobliżu była nacierająca armia sowiecka, to dwa tygodnie było u nas bezkrólewie – bezprawie. Ks. Kranc zarządził schronienie się części mieszkańców. My schowaliśmy się w więzieniu, inni Polacy w budynku po seminarium nauczycielskim klasztoru franciszkanów.
Jak przechodziliśmy przez granicę na noc, żeby ukryć się przed bandami, to spaliśmy u Kowalnickich. Przyjmowali wszystkich, pamiętam, że spałam na korytarzu na jakichś workach. To byli Ukraińcy, przynajmniej tak mówili, bo nic nie wiedzieli o swojej polskości, chociaż imiona i nazwiska mieli polskie. Kiedy już Niemcy uciekli, banderowcy wiedzieli, że przegrywają, więc na opaskach, które nosili na rękawach „U” zmieniali na „P” – robili z siebie Polaków.

(Bez)prawie
Przez te dwa tygodnie bezprawia kobiety czekały z wrzącą woda w garach, a mężczyźni naprawiali porzuconą przez Niemców broń. To był styczeń. Banderowcy rzucali ulotki: „Poddajcie się, bo i tak was wszystkich zamordujemy”. Front sowiecki ze wschodu nacierał, więc banderowcy wysłali swoją delegację z ostrzeżeniem, że Polacy są mordercami, żeby uważali, bo będą na nich napadać, a przecież było odwrotnie!
Gdy Rosjanie weszli do Ostroga, to rozpoczęła się walka, banderowcy pokazali, co potrafią, już nie było zmiłuj się. Wszystkich atamanów band i tych pojedynczych od razu wysyłano na 25 lat na Sybir. Wieszali ich też na rynkach miast, także w Ostrogu na rynku. Mama nie pozwoliła mi iść, bo byłam wtedy jeszcze dzieckiem, ale wszyscy Polacy poszli zobaczyć, jak wieszali syna popa z Hrubieszowa Lubelskiego, który był nauczycielem z zawodu. Zamordował swoją żonę Polkę, dwoje dzieci i poszedł na Wołyń mordować, ale za swoje bestialstwa wyrokiem sądu wojennego został skazany na karę śmierci. Ponieważ był to styczeń, wisiał sztywny przez kilka dni, dzieci rzucały w niego grudami zmarzniętej ziemi.

Dziadek
Po śmierci mojego ojca marudziłam dziadkowi, że chcę poziomki. Gospodarstwo było niedaleko lasu, więc dziadek wziął mnie za rękę i poszedł, żeby trochę ich nazbierać, a tu z lasu wychodzi grupa banderowców. Kazali dziadkowi modlić się po ukraińsku, a ponieważ on się tam wychował, to znał język. Pamiętam – jak oni szli, to dziadek powiedział do mnie „nie odzywaj się”. Dziadek odmówił „Ojcze nasz” po ukraińsku, puścili nas. Gdy przyszedł do domu, to pamiętam, że mówił zdenerwowany: „Miałem już iść za Felkiem”. 
Jak weszli Sowieci, to dziadek został zesłany na Ural, gdzie z grupą Polaków wykuwali tunel pod kolej żelazną. Kiedy już wiedzieliśmy, że granice są przesunięte, trzeba było wyjeżdżać. Mama po polsku napisała list do dziadka, że szykujemy się do wyjazdu i jak może, to niech przyjedzie. Wysłała też trzysta rubli. Skąd były te pieniądze? Ja i kuzyn mojej mamy, który był niewiele starszy ode mnie, znaleźliśmy metalową puszkę i kopaliśmy ją zamiast piłki aż do domu. Mama otwiera, a tam aktualnie będące w obiegu ruble. Podzieliła je – połowę dała Józefowi, bo tak miał na imię ten chłopak. Nie wiem, ile w sumie tego było.
Dziadek postanowił uciekać. Wziął jeszcze dwóch swoich kolegów z tego łagru i powiedział komendantowi, któremu pomagał w robotach, bo znał się na stolarce i był też dobrym stelmachem, że wyjeżdżają. Na co ten odpowiedział: „Proszę bardzo, jak was złapią, to ja nic nie wiem”. 
Jechał w kufajkach, zarośnięty, z brodą, gdzie były i wszy, i świerzb, a jeden od drugiego się zarażał. Jakoś przepłacił kolejarzy, którzy obsługiwali pociąg towarowy, żeby pozwolili im gdzieś się schować. Przyjechali tak do Moskwy. Byli głodni, ale mieli pieniądze. Ponieważ dziadek znał też dobrze język rosyjski, poszedł na targ, żeby kupić jedzenie. Policja widząc takich obdartych ludzi, zaraz ich aresztowała. Dziadek powiedział, że są Polakami, którzy z Syberii jadą do armii polskiej, że tylko poszli zwiedzać Moskwę, a pociąg odjechał i teraz nie mają dokumentów, a że gdzieś w pobliżu formowało się wojsko polskie, to oni uwierzyli i dali przepustkę do Zdołbunowa, który już był blisko Ostroga. W ten sposób, oczywiście opłacając kolejarzy przez całą drogę, dojechali do domu. Jeden z tych kolegów w progu domu zmarł. Nie z wycieńczenia, tylko z radości, że jest już w domu. Dziadek natomiast przeżył, ale całą zimę leżał. Był listopad, a my wyjeżdżaliśmy później w kwietniu. Miał tak odmrożone nogi, że paznokcie mu zupełnie zeszły. 
Z Moskwy przywiózł takie długie cukierki, które bardzo chciałam dostać, ale bałam się do dziadka podejść, bo nie wierzyłam, że to jest on. Kiedy wszedł do domu i witał się z mamą, to ja wyleciałam na podwórko i krzyczałam: „Ratunku, Ukrainiec mamę dusi”. Mama szybko zabrała mnie do domu, żeby nikt nie słyszał, bo już byłoby po dziadku.

Do Polski
W tym czasie trzeba się było przygotować na wyjazd. W domu było świniobicie. Mama razem ze swoją młodszą siostrą wzięły w koszyk słoninę, mięso i samogonkę, i poszły do prokuratora prosić, żeby nie interweniował, gdyby ktoś doniósł, że dziadek jest zbiegiem, bo my niedługo wyjeżdżamy. Wszędzie był głód, a tutaj słonina, mięso, jeszcze wódka, więc zgodził się, tylko zaznaczył, żeby dziadek nigdzie nie wychodził. Trzeba było też opłacić fryzjera. Po jego wizycie od razu rozpalono ognisko na podwórku, żeby spalić zawszone włosy i kufajki dziadka.
Przed wyjazdem czekaliśmy tydzień w Ostrogu na rampie. Mężczyźni oczywiście całe noce mieli straż, bo nie było wiadomo, czy jeszcze Ukraińcy nie przyjdą. 25 kwietnia 1945 podstawili wagony towarowe, bydlęce, jak babcia zawsze mówiła. Do jednego wagonu – 17 rodzin. Jedna staruszka koniecznie chciała jechać do Polski i w drodze umarła. Jej wszy rozlazły się po całym wagonie, to była tragedia.
8 maja 1945 byliśmy w Bydgoszczy. Nie wiedzieliśmy, że to już koniec wojny, samoloty latały i strzelały, a babcia mówi, że tam nas Ukraińcy nie zabili, to tutaj nas Niemcy zabiją. Wysadzili nas w Nidzicy na Warmii i Mazurach, gdzie wszystkie domy Sowieci zajęli. Trafiliśmy do Mieszkowic, a stamtąd do Świebodzina, gdzie była babci siostra. W Świebodzinie się wychowałam.
Mój dziadek mógł dostać gospodarstwo poniemieckie, ale nie chciał. Cokolwiek mieliśmy, to dzięki oszczędnościom i pracy. Mieszkaliśmy w tym samym domu, co rodzice mamy, więc codziennie byłam u babci. Rana była niezagojona, do babci non stop przychodziła pani Szumska-Jarmolińska, która mieszkała blisko. Wspominały, kogo zabili, swoich znajomych, swoich krewnych, słuchałam tego i wiele rzeczy utkwiło mi w pamięci.

Losy rodziny
Po wkroczeniu wojsk radzieckich na Kresy, jeden z braci dziadka trafił na Kamczatkę, ponieważ był komendantem strzelców. Dostał karę śmierci. W czasie śledztwa żądali, żeby przyznał się do czynów zupełnie niepopełnionych. Tak go bili, że miał i zęby wybite, i połamane żebra. Po zakończeniu śledztwa, koledzy przychodzili po takiego więźnia politycznego i wynosili go, bo już o własnych siłach nie był w stanie wyjść. Ułaskawiono go dopiero, gdy Majski z Sikorskim doszli do porozumienia. Przewieźli go na Kazachstan – tam w Jurtach przez trzy miesiące on i inni byli na siłę karmieni, bo to były szkielety. Po kilku miesiącach wcielono go do armii polskiej formułującej się na terenie Rosji. Drugi brat też był aresztowany, siedział w więzieniu w Kijowie. Został potem rozstrzelany i jest na ukraińskiej liście katyńskiej. Brat babci trafił na Sybir. Siostra ojca wyszła za legionistę. Mieli majątek w powiecie Horochów. Wywieziono ich na Sybir, w okolice Archangielska. Ona zmarła tam w 1942. Jego przewieziono na Kazachstan, gdzie zmarł. Dzieci zostały przewiezione do Polski i wychowały się w domach dziecka. Odnaleźliśmy się dopiero w 1969 roku. Jedna z kuzynek, mieszka w Krakowie, druga jest w Rabce u córki, ale ma zaniki pamięci. Reszta już nie żyje.

Krewni odnalezieni
Moja mama po wojnie poszukiwała przez Czerwony Krzyż Kucharskich – rodziny mojego ojca. Jego rodzice nie żyli. Miał tylko jedną siostrę, co do której mama dostała odpowiedź, że los jej i jej dzieci jest nieznany. Kiedyś w prasie podali, żeby ponownie poszukiwać rodziny przez Czerwony Krzyż. Powiedziałam mamie, że to przecież niemożliwe, żeby z tak licznej rodziny nikt nie przeżył. Tam było siedmioro dzieci, dwoje zmarło na Syberii. Mama napisała imiona tych dzieci, przypuszczalny rok urodzenia, imiona rodziców i nazwisko. Po półtora roku dostaliśmy wiadomość z adresami wszystkich. Mieszkali w Polsce, przywieźli ich do Malborka, zostali ulokowani w domach dziecka w Gdańsku Oruni i w Łodzi.

Powrót na Wołyń
Raz byłam na tamtych terenach po wojnie, to było w grudniu 1970 roku. Wydawało mi się, że na pewno trafię na grób ojca, bo dopóki tam byliśmy, to chodziłam na niego z babcią albo mamą. Mama poprosiła taką Ukrainkę, której mąż, pan Markowski, był Polakiem, żeby nas zaprosiła (trzeba było mieć zaproszenie). Pojechałam do Ostroga, a tam cmentarza polskiego już nie ma – zrównany z ziemią, jakieś obiekty wojskowe, czołgi poustawiane. Podeszłyśmy z panem Markowskim blisko i zaraz nas zapytano, czego my tu szukamy. W starej części cmentarza byli pochowani jego rodzice, jeszcze przed wojną postawił pomnik rodzicom. Co przyszedł na cmentarz, to krzyż był zbity.
Powiedziałam sobie, że więcej tam nie pojadę, natomiast mama później parę razy jeździła na zaproszenie Kowalnickich. Mówiła, że jak wyszła na targ, to te Ukrainki ją poznawały i miały wyrzuty sumienia: „Co ci nasi chłopcy narobili?”. A one same szabrowały domy wśród trupów jeszcze.
W Ostrogu nie ma Polaków – pisałam do księdza, czy jakieś archiwum zostało, chciałam znaleźć coś o rodzinie, ale wszystko zostało spalone.

Dalsze losy
Do Kołaczkowa trafiłam w 1971. Byłam żoną oficera i żeby dzieci mogły iść do komunii, to przyjeżdżałam tu do rodziców. Nie wiedziałam, że w Kołaczkowie jest dwóch agentów SB, były problemy.
Mój syn i moja córka nie żyją. Syn zmarł nagle – jechał samochodem i źle się poczuł, podjechał pod pogotowie, lekarz był gdzieś w terenie. Poleżał, a jak wstał, to tylko zdążył powiedzieć, że nogi ma jak z waty. Upadł i koniec. Córka chorowała na niewydolność nerek. Potrzebowała przeszczepu, ale nie doczekała się dawcy. Miała rzadką grupę krwi.
W Kołaczkowie nie narzekam. Chyba w latach 90. koleżanka mojej mamy z Ośna Lubuskiego jechała autobusem ją odwiedzić. Była już kiedyś w Kołaczkowie, ale nie pamiętała, na którym przystanku ma wysiąść. Widząc, że jedna z pasażerek wstaje i szykuje się do wysiadania koło kościoła, spytała ją: „Do Nowakowej to na którym przystanku mam wysiąść?”. Tamta na to: „Do której Nowakowej, tej ruskiej?” Było przykro. Osobiście tego nie odczuwałam, ale jestem położną z zawodu, pracowałam 30 lat w szpitalu i wszystkich w okolicy znam, nie tylko z gminy, ale i z powiatu.

Prawda
W domu zawsze się o tym mówiło. Zwłaszcza jak wujek przyjeżdżał, to dyskutował z dziadkiem. Po wojnie to był temat tabu, bo była już republika radziecka. Przez wiele lat mówiono, że Zabużanie to ciemnoty, dziady. Takich z nas zrobiono. Jeżeli ktoś z tobołkiem ucieka jako dorobkiem życia, to jaki to jest dorobek? 


Nie chodzi mi o to, żeby się mścić na Ukraińcach. Chodzi mi tylko o prawdę. 

Zebrała: Klara Skrzypczyk 
 


 

Bezrobocie nadal niskie

Stopa bezrobocia w powiecie wrzesińskim wyniosła na koniec maja 3,6%.

Informacja o aktualnej sytuacji na lokalnym rynku pracy została przedstawiona na ostatnim posiedzeniu Powiatowej Rady Rynku Pracy, które odbyło się 28 czerwca. – Powiat wrzesiński od kilku lat cechuje się dynamicznym rozwojem społeczno-gospodarczym, który kreuje coraz niższą stopę bezrobocia – powiedział dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy Eugeniusz Wiśniewski. – Sytuacja w ostatnich latach jest bardzo pozytywna. Stopa bezrobocia w powiecie wrzesińskim wyniosła na koniec maja 3,6% – dodał.

Na dzień posiedzenia zarejestrowanych było 1 124 bezrobotnych. W tym roku ofert pracy było o 35% mniej niż w ubiegłym – PUP dysponował 965 ofertami, w celu realizacji których wydano 2 428 skierowań do pracy. Urząd zorganizował również 27 giełd, w których uczestniczyło 589 osób. Najczęściej poszukiwano pracowników produkcyjnych, operatorów maszyn produkcyjnych, magazynierów i robotników drogowych. Do końca maja doradcy opracowali indywidualny plan działania dla 1 154 osób, 491 osobom udzielono porad indywidualnych a 1 248 – indywidualnych informacji o zawodach. W tym roku urząd odnotował jeszcze większe zainteresowanie oświadczeniami o powierzeniu wykonania pracy cudzoziemcom. Do dnia 19 czerwca zarejestrowano je dla 1 315 obywateli takich państw, jak Armenia, Białoruś, Gruzja, Mołdawia, Rosja i Ukraina. Wydano także 62 zezwolenia na pracę sezonową.

Dotychczas PUP stosował procedurę profilowania pomocy dla bezrobotnych – każdemu z nich ustalano jeden z trzech profili, któremu proponowane były różne formy aktywizacji zawodowej. Od połowy czerwca ustawowo zrezygnowano z tego rozwiązania, dzięki czemu poszukujący pracy mogą korzystać z wszystkich form pomocy.

W tym roku PUP na finansowanie programów na rzecz walki z bezrobociem dysponuje kwotą w wysokości ponad 3 mln 675 tys. zł. Do 19 czerwca objął działaniami aktywizacyjnymi 360 bezrobotnych. Najwięcej, bo 268 osób zostało skorzystało z możliwości odbycia stażu. 9 osób zostało skierowanych na prace interwencyjne, 10 na prace społecznie użyteczne, 15 wykonywało roboty publiczne. Ze szkoleń skorzystało dotychczas 12 osób, z bonów szkoleniowych – 7, a z bonów na zasiedlenie – 2. Urząd udzielił 30 dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej, a także zrefundował 5 stanowisk pracy.

Choć dynamika spadku bezrobocia nie jest obecnie tak intensywna, to nadal można śmiało mówić o bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy w powiecie wrzesińskim. Dzięki programom unijnym realizowanym przez PUP bezrobotni mogą nie tylko znaleźć pracę, ale też podnieść swoje kwalifikacje. – Ma to znaczący wpływ na rozwój gospodarczy i społeczny powiatu – podsumował Eugeniusz Wiśniewski.

Klara Skrzypczyk

(na podstawie informacji z PUP)

  • Rada (1)
  • Rada (2)
  • Rada (3)
  • Rada (4)
  • Rada (5)
  • Rada (6)
  • Rada (7)
  • Rada (8)
  • Rada (9)

 

Szkoła muzyczna założona

Uchwała w tej sprawie została podjęta na nadzwyczajnej sesji Rady Powiatu Wrzesińskiego.

Krótkie posiedzenie odbyło się 1 lipca w Centrum Badań i Rozwoju Nowoczesnych Technologii w Grzymysławicach. Uchwałę uzasadniała naczelnik Wydziału Edukacji Olga Kośmińska-Giera, która zaznaczyła, że zgodnie z prawem oświatowym jednostki samorządu terytorialnego mogą zakładać i prowadzić szkoły artystyczne po zawarciu stosownego porozumienia z ministrem ds. kultury i dziedzictwa narodowego. – Takie porozumienie na utworzenie i prowadzenie przez Powiat Wrzesiński od 1 września 2019 roku szkoły muzycznej I stopnia zostało zawarte 27 czerwca – poinformowała. Zgodnie z przepisami szkołę zakłada się na podstawie aktu założycielskiego określającego jej typ, nazwę i siedzibę i takim aktem była uchwała jednomyślnie podjęta tego dnia przez radnych.

Powiatowa Szkoła Muzyczna I stopnia będzie kształciła w dwóch cyklach. Naukę w cyklu 6-letnim będą mogły rozpocząć dzieci młodsze, które mają ukończone 6, ale nie więcej niż 10 lat. W cyklu 4-letnim zaś będą mogły uczyć się starsze dzieci i młodzież – uczniowie muszą mieć co najmniej 8, ale nie więcej niż 16 lat. Kształcenie artystyczne, które będzie realizowane w placówce da absolwentom podstawy wykształcenia muzycznego i umożliwi dalszą edukację artystyczną. Całkowicie bezpłatne zajęcia będą trwały przez cały rok szkolny. W ramach działalności szkoły organizowane będą koncerty i imprezy muzyczne dla mieszkańców powiatu, a także konkursy i warsztaty dla uczniów.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do kontaktu z Wydziałem Edukacji (tel. 61 640 44 38). Prosimy śledzić powiatowy profil na Facebooku i przede wszystkim zaglądać na stronę internetową: www.wrzesnia.powiat.pl/szkolamuzyczna.

Regulamin naboru, kwestionariusz oraz wszystkie niezbędne dokumenty można pobrać: TUTAJ

  • dokumenty (kwestionariusz oraz zaświadczenie lekarskie) będą przyjmowane w Starostwie Powiatowym do 6 sierpnia
  • badanie predyspozycji kandydatów do kształcenia muzycznego odbędzie się od 9 do 12 sierpnia,
  • lista uczniów przyjętych zostanie ogłoszona 16 sierpnia,
  • ewentualna rekrutacja uzupełniająca odbędzie przed końcem sierpnia.

Postępowanie stwierdzające predyspozycje kandydata do nauki będzie przebiegało w następujący sposób:

  • zaśpiewanie przez kandydata piosenki a cappella (bez podkładu muzycznego),
  • powtórzenie za nauczycielem usłyszanej sekwencji rytmu (wyklaskiwanie),
  • rozpoznanie i określenie dźwięków: wysokich, niskich, granych jako pojedyncze lub kilku jednocześnie,
  • powtórzenie głosem (po nauczycielu) zagranej lub zaśpiewanej melodii,
  • rozmowa na temat preferencji muzycznych i zainteresowań kandydata,
  • w wypadku osób potrafiących już grać na instrumencie, kandydat proszony będzie o zaprezentowanie swoich umiejętności. Jest to informacja dodatkowa, niepunktowana.

W szkole będzie realizowana podstawa programowa opracowana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zajęcia będą podzielone na grupowe z kształcenia słuchu (dodatkowo rytmika dla dzieci młodszych) oraz indywidualne, czyli naukę gry na instrumencie.

(red.)

 

  • sesja (1)
  • sesja (2)
  • sesja (3)
  • sesja (4)
  • sesja (5)
  • sesja (6)
  • sesja (7)
  • sesja (8)
  • sesja (9)
  • sesja (10)
  • sesja (11)
  • sesja (12)

 

Przypominamy o płatnościach bezgotówkowych

Wychodząc naprzeciw potrzebom mieszkańców i w związku z coraz bardziej rozpowszechnioną formą płatności bezgotówkowych, Starostwo Powiatowe we Wrześni od 24 czerwca tego roku w większym zakresie niż dotychczas umożliwia dokonywanie płatności kartami płatniczymi.

Do tej pory ta forma stosowana była w Wydziale Komunikacji i Transportu, a teraz klienci mogą płacić bezgotówkowo także w wydziałach: Budownictwa wraz z Referatem Środowiska oraz w Wydziale – Powiatowy Ośrodek Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej. Dla innych komórek organizacyjnych starostwa płatności można dokonywać w Biurze Obsługi Interesanta. Usługa dotyczy klientów starostwa i udostępnienie tej formy płatności nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi opłatami po stronie klienta, ponieważ urząd uczestniczy w Programie Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego, czyli tzw. „Polsce bezgotówkowej”. Przy okazji informujemy, że kasa starostwa ze względu na to, że coraz mniej operacji finansowych jest dokonywanych gotówkowo uległa likwidacji, zastępują je płatności bezgotówkowe (płatność przelewem elektronicznym lub kartą płatniczą). Oczywiście klienci będą mogli realizować płatności tradycyjne, czyli gotówkowe, w placówkach pocztowych lub bankowych znajdujących się w bliskiej odległości starostwa.

(SO)

Newsletter